niedziela, 12 sierpnia 2012

Tomek: Niepokalanów - Wyszogród

Zamierzałem spisywać godzinną kronikę tego dnia. Częściowo się to udało. Relacja z pierwszego dnia pielgrzymowania, jeszcze w kwietniu praktycznie w ogóle się nie zachowała właśnie dlatego, że nie robiłem notatek i nie zapamiętywałem godzin w newralgicznych miejscach.

Zmierzałem wstać jak najwcześniej, żeby móc spokojnie maszerować jednak od samego początku towarzyszyły mi opóźnienia.

Najpierw źle ustawiłem budzik i miast o 5.00 wstałem kwadrans później. W domu, wiadomo, solidne śniadanie i kawa, żeby nie tracić czasu na wczesny popas na trasie. Także ostatnie dopakowania. Z domu wychodzę na pobliski autobus, który ma mnie podwieźć do pociągu. Czuje, że już bym chciał iść, a nie podjeżdżać tu czy tam.

O 6:55 znalazłem się na stacji Warszawa Gołąbki na linii sochaczewskiej i od razu okazało się, że dola pielgrzyma nie jest łatwa. Pospieszna decyzja by zrezygnować z dojazdu do Warszawy Zachodniej i skrócić sobie trasę okazała się czasochłonna. Pociągi nie zatrzymują się na tej stacji z powodu trwającej przy trasie budowy. Po chwili zastanowienia i oszacowaniu czasu decyduję się na nogach pokonać odcinek z Gołąbek do Ożarowa Mazowieckiego. Zatem zanim wyruszyłem na trasę już zaliczyłem 5 kilometrów.

Do Ożarowa docieram o godzinie 7.50 jednak okazuje się, że pociąg do Teresina-Niepokalanowa przybędzie dopiero za godzinę. Poprzedni minął mnie pięć minut przed stacją Ożarów. Cóż, był czas na dokończenie różańca i modlitwy poranne. Równocześnie dopadają mnie oprócz myśli o życiowych problemach wątpliwości czy Wyszogród jest w ogóle dziś osiągalny. Obawiam się szczególnie o swoje stopy i wciąż odzywające się po kwietniowej drodze ścięgna.

Ostatecznie do Teresina docieram o 9:18. W całym klasztorze szukam kogoś kto miałby pieczątkę i wstawiłby mi ją do paszportu pielgrzyma. Nic z tego. Ponieważ pieczęć z furty już w paszporcie mam idę do okolicznego sklepu. Poszukiwania sprawiają, że dopiero o 9:38 wychodzę na szlak, czyli ulicę Spacerową za klasztorem niepokalanowskim. W tym miejscu zaczyna się bardzo ciekawy fragment trasy trwający aż do Szczytna - mało dróg asfaltowych, dwa lub trzy "przebicia" przez łąki, czy nawet pola lub miedze.

Pierwszy popas robię o 11:40 w wiacie autobusowej w Nowych Mostkach za Szczytnem a przed Żelazową Wolą. W Żelazowej Woli pojawiają się pierwsze problemy ze stopami. Zrzucam buty i zakładam sandały. Odczuwam dużą ulgę. Niestety o 12:30 zaczyna się ulewa, która towarzyszy mi, aż do wyjścia z Kampinosu przy torach Sochaczewskiej Kolei Wąskotorowej. Deszcz przyszedł tak szybko, że nie miałem szansy na zmianę butów. Udało mi się to dopiero w wiacie autobusowej tuż przed Brochowem. Była 13:40. Pomysł zmiany butów sprawił, ze miałem możliwość zobaczenia w pełnej krasie lokomotywy i wagonów odnowionej wąskotorówki, która akurat wyruszyła na szlak.

Pogoda dalej jednak była kiepska i niestabilna. Chwile słońca przetykały nawroty deszczu. Tak wyglądało przejście przez Brochów. Przy zjawiskowym kościele parafialnym w Brochowie akurat wyszło słońce i zrobiło się pięknie.

Wreszcie o 15 przeszedłem przez most na Bzurze i zatrzymałem się na nieco dłuższy odpoczynek. Czy się opłacił? Nie wiem - o 16 dopadła mnie niemiłosierna ulewa i resztę trasy pokonywałem przemoczony do suchej nitki.

Ostatni etapem wędrowania był most w Wyszogrodzie - najdłuższy w Polsce liczący 1200 metrów. Widoki niezwykłe - rozlewisko Bzury wpadającej do Wisły - równocześnie przeżywałem już mocno odczuwalny ubytek sił. Około 17.15 znalazłem się w klasztorze franciszkańskim. Planowałem zostać na noc w Wyszogrodzie jednak miejsca, w których miałem nadzieje na kwaterę nie wypaliły. Cóż zdarza się i tak

Wyszogród opuściłem autobusem około godziny 17.48.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz