Dzisiejszy dzień zaczął się zwyczajową obsuwą. Zamiast wstać o 5:00, wstałem o 6:00 i już wszystko tego dnia szło trochę pod górę. Szczególnie, że konieczny był poranny dojazd do Wyszogrodu jakimś środkiem lokomocji, dość szybko straciłem nadzieję na wczesne wyjście w trasę. Choć spod domu wyjechałem miejskim autobusem już kilka minut po 7:00 to busem do Wyszogrodu ruszyłem dopiero o 8:30. Było zdecydowanie późno. W Wyszogrodzie wylądowałem dopiero o 9:40, a więc o tej porze, o której udało mi się wyjść z Niepokalanowa i to pomimo dużych trudności z komunikacją kolejową już na starcie. Mimo tego postanowiłem poczekać jeszcze chwilę, zjeść dobre śniadanie, żeby potem zaraz gdzieś nie przystawać na pierwszy popas. Niedaleko przystanku busów na ulicy wychodzącej na Rębowo podbiłem paszport pielgrzyma. Chwilę też zastanawiałem się, którą trasę ostatecznie wybrać - właśnie przez Rębowo, czy może od razu na Marcjankę, jak szli Filip i Ania. Ostatecznie zdecydowałem się pójść Szlakiem Nadwiślańskim im. Władysława Broniewskiego.
Wybór tej drogi ostatecznie na dobre i na złe wiązał się z przygodami tego dnia. Po pierwsze na spokojnie obszedłem cały Wyszogród co mi się wcześniej nie udało, ponieważ w poprzedni weekend biegałem chaotycznie po różnych ulicach szukając kwatery lub transportu do domu. Po drugie po kilku ledwie kilometrach szlak zmusił mnie do przedzierania się przez nadrzeczne gęstwiny i omijania bydła zastawiającego drogę. Już na tym odcinku straciłem nieco sił i czasu. Przy okazji co i rusz traciłem kontakt z wyznaczonym szlakiem, czy to przez nieuwagę czy też przez słabe oznaczenie. Już po tym etapie powinienem pójść po rozum do głowy i niekoniecznie ufać płockiemu oddziałowi PTTK. Odradzam zdecydowanie przebijanie się od Wyszogrodu niebieskim szlakiem. Szczególnie zabawna wydaje się informacja znajdująca się na stronie Płocka, że trasa ta nadaje się do turystyki rowerowej. A jednak sam dałem się skusić po raz drugi, ponieważ tam gdzie nie stwarzała ona trudności prowadziła przez malownicze i pociągające okolice. Miało to miejsce kilka kilometrów dalej na wysokości Marcjanki. Zamiast skręcić w stronę wsi znów poszedłem szlakiem. W efekcie po kolejnej godzinie straciłem orientację w terenie i byłem zdany tylko na oznaczenia płockiego PTTK. Gdy one zniknęły zwyczajnie się zgubiłem.
O 12:30 zatrzymałem się na dłuższy postój nie mając jeszcze świadomości, że nadrabiam już niepotrzebne kilometry. Większego niepokoju nie wzbudziło we mnie nawet dojście do drogi nr 62 - wytłumaczyłem sobie, że to zapewne inna droga. Jaka? Dokąd? Na to bym nie potrafił odpowiedzieć. Dojście do drogi 62 oznaczało, że oddalam się od Wisły, która stanowiła naturalny punkt odniesienia dla tej wędrówki. Tak jak w zeszłym tygodniu bezbłędnie orientowałem się w terenie obserwując układ linii wysokiego napięcia w okolicach szlaku (często na zupełnych bezdrożach) tak teraz nie dostrzegłem, że gdzieś zanikł chłodny podmuch ciągnący od rzeki. Od sytuacji beznadziejnej uratowały mnie dwie osoby - kobieta na rowerze (uświadamiając mi gdzie idę) i mężczyzna na traktorze. Ten ostatni odwiózł mnie z powrotem do drogi 62, którą zdążyłem przekroczyć na 2-3 kilometry (co oznaczało, że dotarłem do Węgrzynowa). Musiałem cofnąć się o kolejny kilometr i skręcić w prawo w las w stronę Podgórza i Zakrzewa.
Choć miałem za sobą może 1/3 trasy byłem już dość zmęczony i nieco zniechęcony proporcjami zmitrężonego czasu, a przebytymi kilometrami. Po wyjściu z lasu na odcinku pomiędzy Podgórzem, a Kępą Polską postanowiłem jak spóźniony pociąg nadrobić kilometry. Niestety zakończyło się to bolesnym problemem z więzadłami w prawym kolanie. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że ostatnie 10 kilometrów - od Kępy Polskiej do Białobrzegów "przeczłapałem" modląc się, żeby w ogóle dojść. Od miejscowych otrzymywałem coraz to inne informacje jaki dystans mi jeszcze pozostał. Raz słyszałem 1,5 kilometra, a za kilkanaście minut - 3-4.
W końcu jednak z zaciśniętymi zębami doszedłem do miejsca wypoczynku. Była 18:00. Kolację zjadłem w bardzo dobrej miejscowej pizzerii. Po powrocie zamieniłem kilka słów z gospodynią i jej córką, wziąłem lodowaty prysznic (ciepłej wody po prostu nie było), odmówiłem wieczorne oficjum, przeczytałem niewiele stron Twardocha i usnąłem przed godziną 21.
Pozostawało pytanie czy kolano pozwoli mi przejść kolejny, zaplanowany na sobotę fragment Camino.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz